„Bal na piec” i „U Partyzantów” - klimat powojennej sztuki w Sopocie

Klimat i atmosferę sztuki w powojennym Sopocie będziemy mogli poczuć już niedługo bowiem przy współudziale Państwowej Galerii Sztuki i pomocy Muzeum Narodowego w Gdańsku - Urząd Miasta w Sopocie przygotowuje wydarzenie uświetniające okazję powołania przed 70-ciu laty Państwowego Instytutu Plastycznego. Już za parę dni,  12 czerwca w Willi Bergera odbędzie się pokaz multimedialny przywołujący przywołujący atmosferę tamtych lat pod tytułem „Love me or Leave me” przygotowany przez dr Katarzynę Swinarską, a 14 czerwca w klubie „Sfinks 700” będzie miał miejsce wernisaż wystawy „Szkoła Sopocka – między sztuką a polityką”.

 


„Bal na piec” – to jedna z historii, którą opowiadała mi Pani Bogusia Bramińska, jedna z najstarszych żyjących malarek, absolwentek sopockiej uczelni plastycznej. Podobnych opowieści jest sporo, z nich tworzą się barwne legendy, nadające miejscu pewnej niezwykłości i tajemniczości. W przygotowywanym katalogu na sopocką wystawę organizowaną z okazji powołania przed 70-ciu  laty Państwowego Instytutu Plastycznego, prof. Władysław Jackiewicz na przykład opowiada historię związaną z sopocka restauracją  „U Partyzantów”, w której jadał Artur Nacht-Samborski. Klimat i atmosferę sztuki w powojennym kurorcie będziemy mogli poczuć już niedługo bowiem przy współudziale Państwowej Galerii Sztuki i pomocy Muzeum Narodowego w Gdańsku - Urząd Miasta w Sopocie przygotowuje wydarzenie uświetniające tę okazję.  Przypomnę tylko, że Instytut,  siedzibę swoją znalazł w Willi Bergera przy ulicy Obrońców Westerplatte 24 i po dwóch tygodniach 6 grudnia 1945 roku przemianowany został na Państwową Szkołę Sztuk Pięknych w Gdańsku z siedzibą w Sopocie. Już za parę dni, 12 czerwca w Willi Bergera odbędzie się pokaz multimedialny, przywołujący atmosferę tamtych lat pod tytułem „Love me or Leave me” przygotowany przez dr Katarzynę Swinarską, a 14 czerwca w klubie „Sfinks 700” będzie miał miejsce wernisaż wystawy „Szkoła Sopocka – między sztuka a polityką”, przygotowany przez niżej podpisanego. Zaprezentowanych zostanie 38 prac w większości namalowanych  przez najważniejszych sopockich twórców lat 1945-59. Pokazane zostaną również prace paru artystów mniej znanych, którym nie udało się pomimo swojego wielkiego talentu szerzej zaistnieć.

 

 

 

Dziś „szkoła sopocka” postrzegana jest na różne sposoby, nie brakuje krytyków, nie brakuje apologetów, pojawiają się od lat różne interpretacje. „Szkoła sopocka” zasługuje na dalsze badania, a przede wszystkim na tworzenie zbioru, który powinien mieć swoje stałe miejsce. Dla przybliżenia atmosfery powstawania sztuki w powojennym Sopocie chciałbym przybliżyć wspomnienie Pani Bogusi Bramińskiej, które zarejestrowałem w 2010 roku. Malarka ukończyła uczelnię w Sopocie w 1952 roku. Przez wiele lat była pracownikiem naukowym na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej w Katedrze Malarstwa, Rysunku i Rzeźby jako asystentka najpierw prof. Adama Gerżabka,  a później prof. Władysława Lama. Dziś Pani Bogusia mieszka w Gdyni i należy obok prof. Władysława Jackiewicz do najstarszych absolwentów szkoły.

 

Boguchwała Bramińska ze swoją koleżanką, malarką Ewą Hoffman-Rosińską w kawiarni Cafe Rosenthal

 

 

Wszyscy nasi wykładowcy dobrze malowali - to byli prawdziwi artyści. W dodatku potrafili stworzyć niesamowitą atmosferę. Do wielu rzeczy musieliśmy jednak dochodzić sami, to było dobre. Miałam świadomość, że profesorowie, kierując nami, szli tą samą drogą, którą wcześniej wyznaczył im Cezanne, a później Pankiewicz. Stąd ich wysoka kultura malarska, dlatego byli dla nas autorytetami i darzyliśmy ich dużym szacunkiem. Wielką postacią szkoły był profesor Artur Nacht-Samborski. Pamiętam, że nosił zawsze bardzo eleganckie buty, pedantycznie czyste. Wspominam też charakterystyczny gest profesora – podczas zapalania papierosa, a palił bardzo dużo, musiał postukać nim o stół lub o papierośnicę. Ten odgłos znaczył, że profesor jest w pobliżu. Nie zapomnę zjazdu środowiska artystycznego, bodajże w Warszawie, który zawsze będzie się mi z nim kojarzył.  Sokorski - zirytowany o to, że zamiast zorganizować wystawę swoich obrazów w Warszawie, Samborski zorganizował ją w Paryżu – robił  profesorowi wymówki mocno podniesionym głosem. Muszę powiedzieć, że w pierwszym okresie nauki dużą rolę odegrał profesor Jan Wodyński, wspaniały człowiek, świetny malarz. Podobało mi się jego delikatne malarstwo. Poza tym profesor był uroczym człowiekiem, na imprezach grał na gitarze i śpiewał ulubione piosenki. Prawdziwą dojrzałość malarską osiągnęłam dopiero u profesora Adama Gerżabka już na Politechnice Gdańskiej gdzie pracowałam, mimo że wcześniej uczyłam się malarstwa u Juliusza Studnickiego, ale to on mi dał podwaliny i ukształtował nie tylko stosunek do sztuki, ale i postawę. Studnicki dużo mówił o sztuce, ale też miał w swojej twórczości różne okresy. Pamiętam, jak zakochał się w różowym kolorze, wtedy wszyscy malowaliśmy na różowo. Dużą rolę w kształtowaniu mojej osobowości malarskiej odegrała również Krystyna Łada-Studnicka, która wykładała rysunek i nauczyła mnie skrótowego myślenia. Ciężko było u niej dostać zaliczenie. W czasie studiów braliśmy udział również w odbudowie Gdańska. Pracowałam wtedy w zespole profesora Stanisława Teisseyre’a, a także z Józefą Wnukową, która zresztą wywalczyła dla nas jakieś gratyfikacje; to była ostra zdecydowana osoba. Ważną i niesamowitą postacią był też Aleksander Kobzdej, który uczył nas kompozycji. Ale wszyscy pamiętają mu „Podaj cegłę”, zresztą całkiem dobry obraz, który przejdzie do historii.

 

 

 

 

 

 

 

Obrazy Boguchwały Bramińskiej (oleje na płótnie) znajdują się w kolekcjach prywatnych. Namalowane zostały w latach 60- i 70-tych, nie posiadają tytułów i tylko niektóre są sygnowane i datowane.

 

Obrazy Boguchwały Bramińskiej (oleje na płótnie) znajdują się w kolekcjach prywatnych. Namalowane zostały w latach 60- i 70-tych, nie posiadają tytułów i tylko niektóre są sygnowane i datowane.

 

 

Socrealizm w szkole to zupełnie inny, osobny temat. Robiliśmy kompozycje wspólnie, malowałam z Marysią Leszczyńską; to były zbiorowe prace, taka metoda socjalistyczna, w której osobowość była na drugim planie, a liczył się kolektyw. Istniały specjalne broszury na temat jak malować, taki specjalny przepis. Pamiętam rozmowy różnych notabli partyjnych z profesorem Studnickim, który na pytanie, jak wykłada malarstwo i o czym mówi, odpowiadał, że o „d…e Marysi”. Marysia była naszą modelką. Tak naprawdę to nikt się nie przejmował tym socrealizmem. Było paru oddanych sprawie asystentów, którzy zaczęli w tej manierze malować, ale przede wszystkim przyczynili się do odejścia paru profesorów. Nie chcę mówić o nazwiskach, bo raczej nie warto. Większość pewnie będzie wiedziała o kim myślę. Paskudna postawa partyjnych karierowiczów. Wyjątkową postacią był też profesor Teisseyre. To dzięki niemu do Gdańska przyjechali Cybis i Potworowski. Potworowski bardzo polubił Rewę, wieś niedaleko Gdyni. Urządzał tam plenery. Na jednej z wystaw prezentował przedmioty wyłowione z zatoki; eksponatem była między innymi deska, wyjątkowej - trzeba przyznać - urody.  


Opowiadając o Sopocie, trzeba wspomnieć o restauracji „Pod Kociakiem” przy ulicy Haffnera. Tam piło się wódeczkę, tam odbywało się wesele Eli Szczodrowskiej. Restaurację prowadziła pani Gąskiewicz, która później wyjechała do Paryża i opiekowała się Józefem Czapskim do końca jego dni. Także miałam w pewnym stopniu z nim kontakt, bowiem jeden z moich uczniów był z Czapskim spokrewniony i przez niego moje obrazy do Czapskiego trafiały. Ocenił je w sposób dla siebie charakterystyczny; mówił, że jestem dobrym architektem przestrzeni obrazu. Czapski to malarz czysty w swoim spojrzeniu dziecka i takim był człowiekiem jak jego obrazy.

 

Boguchwała Bramińska

 

 

Znaną postacią był Bronek Kierzkowski. Utkwił mi w pamięci związany z nim słynny bal „Na piec”, z którego dochód został przeznaczony na wybudowanie w akademiku pieca. Bal odbywał się w dzisiejszym „Sfinksie”. Na środku paliło się ognisko, a Bronek, bez spodni, tańczył na stole kozaka. Potrafił też wspiąć się na drzewo, aby z góry podglądać malującego profesora Samborskiego, który nigdy nie pokazywał nam swoich obrazów. Bronek należał do grupy słynnych studentów, do których na pewno należeli: Andrzej Żywicki, Roman Madeyski, Arika Wojciechowska, Konrad Swinarski, Kazimierz Ostrowski. Bronek wyrósł później na świetnego malarza.

Stanisław Seyfried
fot. Stanisław Seyfried

Wystawy:   
Willa Bergera - „Love me or Leave me” - 12.06-18.06.2015, godz. 16-22

Klub “Sfinks 700” - “Szkoła Sopocka – między sztuką a polityką” – 14.06-18.06.2015, godz. 12-20

Komentarze
Ta witryna korzysta z plików cookie. W ustawieniach swojej przeglądarki internetowej możesz w każdym momencie wyłączyć ten mechanizm. W celu pozyskania dodatkowych informacji na ten temat zobacz informacje o cookies.
OK, zamykam